Strona Główna Rajdy konne Agroturystyka Cennik Kontakt Dojazd Galeria Linki Giełda koni Lipiec 26 2014 00:17:19
OTJ Radomice
Odpoczynek - Tradycja - Jeździectwo
Radomice 42
59-610 Wleń
Tel: +48 757898558
Kom: +48 669773195
Menu
Strona Główna
Rajdy konne
Agroturystyka
Cennik
Kontakt
Dojazd
Galeria
Linki
Giełda koni
Izerski rajd konny 2011 - "Dookoła Smreka"

W dniach 06-12.08.2011 wybraliśmy się na koniach wysoko w Góry Izerskie, zataczając pętlę wokół najwyższego szczytu czeskich Izerów - Smreka. Rajd ten był dla nas dużym wyzwaniem ze względu na trudny teren górski, strome podejścia i zejścia, przeróżne potoki, a nawet bagna. Jednocześnie piękne widoki oraz liczne atrakcje tego polsko-czeskiego wypadu wynagrodziły wszelkie trudy poniesione przez konie i jeźdzców.

Każdego dnia przebywaliśmy dystans pomiędzy 20-30 km, w sumie cała trasa liczyła ok 150 km. Cały opis podzieliłem na 7 części - przedstawiających kolejne dni naszego rajdu. Przebieg tras kolejnych dni przedstawia skrótowo poniższa mapa. Klikając na nia można ją otworzyć powiększoną w nowym oknie.
Zapraszam do relacji !


Przebieg trasy rajdu (proszę kliknąć, aby powiekszyc)



1 dzień: Radomice - Kopaniec

Jest sobota, 06.08.2011, budzę się gdzieś po szóstej, pomimo budzika nastawionego na siódmą. To chyba przez emocje i ciekawość związaną z rajdem, który zaraz ma sie rozpocząć. W oczekiwaniu, aż reszta domowników się obudzi, po raz ostatni przed wyjazdem przeglądam książkę "Tajemnice Gór Izerskich" oraz jakiś przewodnik o czeskim regionie Frýdlant. Gdzieś tam w końcu mamy w planie dojechać - pomyślałem sobie. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca w moich "sakwach" przednich oraz w "bananie", który będzie przytroczony z tyłu siodła uznałem, że pozycji tych nie zabiorę ze sobą. Mapa Gór Izerskich powinna nam w zasadzie wystarczyć.

Krótko po siódmej udajemy się na śniadanie. Chcielibyśmy dojechać dzisiaj do Kopańca. Spoglądamy na mapę. Szlak niebieski, którym w dużej części chcemy jechać prowadzi głównie przez lasy i łąki, omijając miejsca bardziej cywilizowane. Nie będzie zatem po drodze raczej możliwości kupienia czegoś do jedzenia. Nie spiesząc się jemy obfite śniadanie, a na drogę przygotowywujemy mały prowiant.

Za oknem słońce, już teraz jest 18 stopni, zapowiada się piękny i ciepły dzień. Pakujemy ostatnie rzeczy i spotykamy sie ze wszystkimi uczestnikami, aby ustalić ostatnie szczegóły.
W sklad calej ekipy wchodzi 6 osób (Dzika, Justyna, Róża, Gacek - nasi goscie oraz Damian + ja) plus 6 koni (Wojko, Witalis, Weber, Wilbur, Węgierek oraz Lyznik).
Jest to początkowy skład, bo jak się później okaże, nasza grupa na pewien czas powiększy się, o czym w tej chwili jeszcze dokładnie nie wiedzieliśmy.
Trwa dyskusja, czy lepiej wziąć dwa małe namioty, czy jeden duży 5-osobowy, w którym mielibyśmy się w szóstkę pomieścić. Decydujemy się wziąć duży namiot, ale dzielimy go na 2 części - ja będę wiózł stelaż, tropik i śledzie, Damian zabiera resztę.
Czyścimy, a następnie siodłamy konie. Dzisiaj jeszcze nie musimy się martwić o troczenie bagaży, ponieważ na wieczór planowana jest dowózka rzeczy do Kopańca. Potem będziemy musieli jednak wszystkie rzeczy wieźć na koniach - dlatego już teraz trzeba dobrze przemyśleć, co zabrać.


Droga z Radomic do Pilchowic. W oddali widać Karkonosze.

W koncu udaje nam sie wyruszyc okolo dziesiątej po małym zamieszaniu związanym z poszukiwaniem zapomnianej przez Gacka czapki. Z domu wyjeżdżamy najpierw na górę Radomic, aby następnie skręcić w leśną drogę prowadzącą w dół do Pilchowic. Po drodze odsłaniają się piękne widoki na całe Karkonosze, Góry Kaczawskie oraz Dolinę Bobru.
W Pilchowicach robimy małą przerwę na popas dla koni. Następnie jedziemy drogą wzdłuż Bobru, w górę rzeki. Słońce mocno praży, jest coraz bardziej gorąco i duszno - tak jakby się na burzę zbierało.
Przejeżdżamy przez Dziki Wąwóz szlakiem prowadzącym w stronę Pokrzywnika. W wąwozie jest przyjemnie chłodno, ścieżka wije się wzdłuż szybko-płynącego potoku z licznymi kaskadami. Teraz można było poczuć po raz pierwszy górski charakter tego rajdu. Tego typu wąskie ścieżki ze sporymi różnicami wzniesień będą nam jeszcze często towarzyszyć.


Wędrówka przez Dziki Wąwóz

W oddali słychac odgłosy zbliżającej się burzy. Pewnie zaraz lunie - pomyślałem, chociaż z drugiej strony było mi to w zasadzie obojętne. Kiedy wyruszyliśmy z domu, wiedziałem, że nie ma odwrotu i że nawet największy deszcz nie przeszkodzi nam w dotarciu do celu.

Dojeżdżamy do Pokrzywnika - okazuje się, że burza przeszła bokiem. Jedynie klika kropli, które na nas spadły, świadczyły o tym, że była bardzo blisko.
Dalej, trzymając się żółtego szlaku, wchodzimy na górę Stanek (350 m n.p.m) z bardzo ciekawym, skalnym punktem widokowym, z którego widać, jak Bóbr zaczyna się spiętrzać, przechodząc w Jezioro Pilchowickie. Ze Stanka widać też bardzo ładnie Wysokie Skały po drugiej stronie jeziora. Tutaj wchodzimy też na szlak niebieski, który będzie nam towarzyszył do końca dnia (przynajmniej według naszych założeń). Szlak momentami jest bardzo źle oznaczony, co skutkuje częstymi zboczeniami z jego toru.

Dzięki Gackowi, który udostępnił nam dane ze swojego super zegarka z wmontowanym gps, możemy po zakończonym rajdzie obejrzeć trasę naszego przejazdu. W tym celu naniosłem dane gps na mapę cykloserver.cz, na której są również zaznaczone szlaki turystyczne. Dzięki takiemu połączeniu widać, jak rozmijaliśmy się czasem ze szlakiem. Linki do załączonych mapek umieszczone są w podsumowaniu każdego dnia.

Ze Stanka schodzimy w dół do potoku Kamieniczki. Jest to bardzo strome i niebezpieczne zejście trawersem nachylonym mocno w lewo. Dla bezpieczeństwa własnego i konia lepiej w tym miejscu jest z niego zsiąść i dalej go poprowadzić. Myślę, ze inni uczestnicy rajdu potwierdziliby tą opinię, po "przejściach" na tym odcinku. Bez podawania szczegółów, można o zaistniałym zdarzeniu powiedzieć, że było to "szczęście w nieszczęściu".


Na azymut do Rybnicy

Dochodzimy do stalowej, wypełnionej betonem kładki na Kamieniczce. Przechodząc przez rzekę miałem wrażenie, że kładka pod naciskiem końskich kopyt zaczęła wibrować góra-dół. Na szczęście, poza tymi wibracjami, była jeszcze całkiem sprawna i wszystkim udało się przejść na drugą stronę. Dalej, trzymając się niebieskiego szlaku, jadąc wzdłuż Bobru, mijamy elektrownię wodną we Wrzeszczynie.

Potem niestety gubimy na pewien czas szlak niebieski i kierujemy się na azymut w stronę Rybnicy. Trasa wiedzie łąkami, skrajem pola, a następnie leśną drogą docieramy do ... obrzeży Barcinka, zamiast do Rybnicy.

Po półgodzinnym popasie postanawiamy wyruszyć na Rybnice, aby ponownie wejść na niebieski szlak. Ten mniej więcej kilometrowy odcinek pokonujemy możliwie najkrótszą trasą, korzystając z drogi polnej, powstałej wzdłuż budowanego akurat gazociągu. W Rybnicy przechodzimy przez droge Jelenia Góra-Zgorzelec i piekną, polną drogą wchodzimy na Rozłóg (533 m n.p.m.). Schodzac w dół podziwiamy widoki na Zamek Chojnik, zachodnią część Karkonoszy oraz Góry Izerskie. Docieramy do pięknych, kwitnących łąk tuż przed Wojcieszycami. Jest to świetne miejsce na popas, dla koni - ze względu na dużą ilość koniczyny, a dla jeźdźców - ze względu na roztaczającą się stąd panoramę.


Popas przed Wojcieszycami

Zmęczenie dawało się powoli wszystkim we znaki. Do zachodu słońca zostały jakieś 2 godziny, a przed nami jeszcze spory kawałek do pokonania. Ruszamy więc dalej niebieskim szlakiem, przecinamy Wojcieszyce i wjeżdżamy pod górę. I tu znowu niespodzianka - polna droga którą jedziemy nagle wchodzi na zaorane pole. Szlaku nigdzie nie widać. Przejeżdżamy przez pole na wprost, ale szlaku też nie ma. W końcu zataczamy pętlę, udajemy się dalej do góry i odnajdujemy niebieski pasek na drzewie gdzieś na brzegu lasu.

Dojeżdżamy do asfaltu prowadzącego do Kopańca. Tutaj postanawiamy zejść z niebieskiego szlaku, żeby nie wjeżdżać na noc do lasu. Poza tym w Kopńcu już od godziny trwa biesiada średniowieczna - z muzyką i średniowieczną kuchnią. Długo nie myśląc, stwierdzamy, że musimy się jak najszybciej dostać do Kopańca, bo w przeciwnym razie możemy zastać już tylko puste stoły.

Ostatnie 2 km pokonujemy mało uczęszczanym asfaltem, od czasu do czasu kłusując. Konie zostawiamy w zaprzyjaźnionym gospodarstwie (Kopaniec 108), u pani Stephanie Giere, która jest weterynarzem. Konie mają tam zapewnione bardzo dobre warunki - do dyspozycji są duże zagrody z elektrycznym pastuchem i z dostępem do wody, a także siodlarnia. My udajemy się do oddalonej o jakieś 200 m agroturystyki "Wysoki Kamień", gdzie już trwa biesiada średniowieczna.

Na kolację mamy okazję spróbować takich specjałów, jak sery kozie własnej produkcji, śledzie, rewelacyjny był gotowany groch. Wszystko to przy dźwiękach muzyki średniowiecznej, wykonywanej na żywo przez gospodarza wraz z przybyłymi muzykami. I tak oto dzień dobiegał końca, przy opowieściach gospodarza o historii gospodarstwa, dawnych dziejach Kopańca, przeplatanych naszymi licznymi wrażeniami z dzisiejszego dnia. Początkowo mieliśmy spać w namiocie, ale noc okazała się tak ciepła, że postanowliliśmy z Damianem spać pod gołym niebem i gwiazdami, które z Gór Izerskich, ze względu na otaczającą ciemność, są bardzo dobrze widoczne. Więcej na ten temat: Izerski Park Ciemnego Nieba.

Podsumowanie dnia
Dystans31 km
Nocleg konieStephanie Giere, Kopaniec 108, tel. +48 75-754-14-99
Nocleg jeźdźcyAgroturystyka "Wysoki Kamień", Kopaniec 120
Trasa rajdu do pobrania jako gpxPobierz
Trasa rajdu na cykloserver.czZobacz

2 dzień: Kopaniec - Rozdroże Izerskie - Orle

Na drugi dzień zaplanowaliśmy już nieco krótszą trasę. Naszym celem jest dotrzeć do Chatki Górzystów. Pogoda wydaje się być przyjemna - 18 stopni, słońce za chmurami.


Wyruszamy z Kopańca

Z Kopańca ruszamy pod górę niebieskim szlakiem w stronę Rozdroża Izerskiego. Patrząc za siebie odczuwamy, jak daleko od domu jesteśmy i jak wysoko już zaszliśmy. Spoglądając w dół przed wejściem do lasu mamy okazję obejrzeć rozległą panoramę całej Kotliny Jeleniogórskiej. W lesie kończy się asfalt i możemy trochę pokłusować. Miejscami szlak przebiega po miękkich drogach zarośniętych trawą. Przeważają jednak drogi utwardzone, z kamieniami lub żwirem.

Tuż przed Rozdrożem Izerskim łapie nas pierwszy deszcz, który będzie nam towarzyszyć aż do Chatki Górzystów. Wszyscy oczywiście są na to przygotowani. Przynajmniej nadarzyła się okazja, żeby przetestować pałatki wojskowe, które dzięki swoim rozmiarom zakrywają bagaż i nogi jeźdźców.
Przy Rozdrożu Izerskim urządzamy sobie popas. Tutaj spotykamy też inną grupę jeźdźców wracających już z gór. Od nich dowiadujemy się, że noc z końmi spędzili w Orlim i że jest tam dostępna stajenka z prowizorycznymi boksami.


Jeźdźcy w pałatkach w drodze do Hali Izerskiej

Ruszamy żółtym szlakiem w stronę Hali Izerskiej, cały czas wspinając się pod górę. Coraz zimniejsze powietrze i nieustająca mżawka uświadamiają nam, że jesteśmy już wysoko w górach. Przecinamy gęste lasy, woda z gałęzi leje się na nogi - przynajmniej ja tak to odczuwam, bo mam zbyt krótką pelerynę. Pałatki natomiast spisują się w tych warunkach świetnie.

Górski potok przechodzimy w bród, bo mostek z ułożonych w poprzek, bardzo śliskich i już podgniłych bali wydaje się zbyt niebezpieczny.
Po lewej stronie widać już rozległą przestrzeń - Halę Izerską. Kiedy wychodzimy z lasu, wyłania się przed nami samotnie stojący budynek Chatki Górzystów.

Miejsce to jest ciekawe ze względu na swoją historię. Wcześniej mieściła się tu szkoła, a wokół stały zabudowania dużej miejscowości Gross Iser (Wielka Izera), liczącej ponad 40 domów. Dziś tylko resztki fundamentów mogą świadczyć o jej istnieniu. Wciąż niewyjaśnione jest, co stało się z tymi wszystkimi domami po 1945 roku. Nie odnaleziono też gruzów po rozebranych budynkach. Więcej informacji na temat tego interesującego miejsca można znaleźć tutaj. W środku panuje bardzo przyjemna, kameralna atmosfera. W kominku pali się ogień, dzięki czemu możemy przynajmniej trochę wysuszyć nasze ubrania i buty. Godna polecenia jest też kuchnia. Akurat dzisiaj ugotowany był świeży żurek. W taki zimny dzień smakuje rewelacyjnie. Do tego spróbowałem przepysznych naleśników z jagodami. Dobrze, że wziąłem małą porcję, bo po obfitym żurku dużej porcji już bym nie dał rady zjeść.


Wsiadanie na Węgierka bez popręgu :)

Wszyscy są już najedzeni, konie pasą się na dworze. Co do tego, że w taką pogodę jak dziś, schronisko byłoby najlepszym miejscem na nocleg, wszyscy jesteśmy zgodni. Zaczynamy się zastanawiać, co by tu zrobić z końmi na noc. Nie braliśmy ze sobą żadnych taśm ani lin do grodzenia. Większość noclegów planowaliśmy w miejscach z zagrodami. Liczyliśmy się z tym, że akurat ta noc może być trudna.
Myślimy o pętaniu przednich kopyt koniom i o całonocnej warcie przy koniach. Inną możliwością jest przyczepa od traktoru, która stoi przy schronisku. Można by było wkoło przyczepy przywiązać wszystkie konie. Niestety właściciele nie zgodzili się w obawie, że konie uciekną w nocy razem z przyczepą :).

Ostatecznie wybieramy opcję dalszej jazdy do schroniska Orle - tak, jak nam sugerowali ludzie na koniach, których spotkaliśmy na Rozdrożu Izerskim. Przed nami jeszcze jakaś godzina drogi.
Siodłamy konie. Tutaj niespodzianka. Okazuje się, że nasz najmłodszy koń - Wegierek, na którym jechałem ma obtarty brzuch od popręgu. Trzeba jechać na oklep. Ale co zrobić z siodłem ? Nie mając innego wyjścia, Damian kontynuuje jazdę na Węgierku w siodle, ale bez popręgu. Wsiadanie było trochę problematyczne, bo jeśli nie było w pobliżu jakiegoś płotu, to ktoś musiał drugie strzemię przytrzymywać, żeby siodło nie spadło. No ale jakoś się udało, jedziemy dalej.


Nad Izerą. Po drugiej stronie Czechy.

Dochodzimy do rzeki Izery, będącej jednocześnie granicą polsko-czeską. Rozglądamy się i stwierdzamy, że w sumie możliwe byłoby jej przekroczenie w tym miejscu w bród, jeśli nie dalibyśmy rady nazajutrz przejść przez drewnianą kładkę Orle-Jizerka.
Na razie jedziemy dalej, mijamy liczne torfowiska i fundamenty dawnej osady Gross Iser. Dojeżdzamy do Orlego. A tu miła niespodzianka. Przed schroniskiem widzimy zagrodę konną. Zadowoleni wpuszczamy więc konie i już chcemy iść do schroniska. Nagle przychodzi pracownik schroniska, prosząc o zabranie koni. Okazało się, że wpuściliśmy konie w miejsce, w którym kiedyś stała huta szkła, a jej ruiny zostały teraz otoczone drewnianym ogrodzeniem.


Wieczór w Orlim :)

Zaprowadzamy konie do stajenki, o której wcześniej słyszeliśmy. Są tam trzy trochę szersze boksy, w których musi się pomieścić sześć koni. Lepszego wyjścia nie ma. Wszystkie konie oprócz Węgierka weszły do środka. Jemu chyba to miejsce nie przypadło do gustu. A może jeszcze po prostu nigdy nie wchodził do takiego pomieszczenia ? Gdzieś po upływie pół godziny i staraniach wielu osób, Węgierek przestępuje próg stajenki, a my możemy pójść do Orlego na piwo.

Wieczór spędzamy przy grze planszowej, której zasad do końca nie znamy. Musimy więc je uzgodnić. Ponieważ o 22 schronisko jest zamykane, przenosimy się na dwór. Resztę wieczoru spędzamy przy ognisku, razem z parą spotkanych rowerzystów chyba z Częstochowy. Nocujemy w dawnej strażnicy WOP, położonej jakieś 100 m od Orlego. Trzeba przyznać, że dysponuje ona wysokim, jak na schroniska górskie standardem.

Podsumowanie dnia
Dystans22 km
Nocleg konieMała stajenka przy schronisku Orle (3 boksy), bez dostępu do wody.
Nocleg jeźdźcyDawna strażnica WOP przy schronisku Orle, +420 607 920 541
Trasa rajdu do pobrania jako gpxPobierz
Trasa rajdu na cykloserver.czZobacz

3 dzień: Orle - Jizerka - Bílý Potok - Hejnice


Wspinaczka na Jelení stráň (1018 m n.p.m.)

Budzę się ok 8 rano. Za oknem leje jak z cebra. Jak to dobrze, że nie śpimy dzisiaj w namiocie - pomyślałem. W strugach deszczu wychodzimy z Damianem na herbatę do Orlego. Przy stole spoglądamy na mapę. Dzisiejszy poranek jest inny od pozostałych. Wzbudza we mnie uczucie nieco większej ciekawości, a może nawet niepewności. Snująca się za oknem mgła i szybko przesuwające się chmury potęgują to wrażenie. Zaraz opuścimy Polskę i pojedziemy pierwszy raz na koniach za granicę. Pomimo, że w czeskich Izerach byłem już kilkakrotnie, przejście tam na koniu wydaje się być wędrówką w nieznane i jest czymś na swój sposób "egzotycznym". Czy nikt nas tam nie zatrzyma ? Czy konie będą miały dobre warunki ? Takie i podobne pytania snują mi się po głowie.

Nawiązałem co prawda wcześniej kontakt mailowy z Ivetą Jelinkovą, która prowadzi w Hejnicach stanicę jeździecką. To jest też punkt docelowy dzisiejszego dnia. Z tego co zrozumiałem z rozmowy telefonicznej przeprowadzonej poprzedniego wieczora, wynikało, że Iveta wyjdzie po nas na koniu w góry i że spotkamy się gdzieś na czerwonym szlaku między Jizerką, a Bílým Potokiem. Punktem krytycznym dnia będzie dzisiaj mostek na Izerze, ze względu na schody, którymi trzeba z niego zejść na czeską stronę. Jeśli nie udałoby nam się przejść przez mostek, to musielibyśmy sie wrócić do Hali Izerskiej, żeby tam spróbować przejść w bród przez Izerę. Wtedy z kolei rozminęlibyśmy się z Ivetą, jadącą w stronę Jizerki czerwonym szlakiem. Wiele niewiadomych, obcy kraj i nowi ludzie. Tak w skrócie można opisać ten dzień, który już teraz zapowiada się bardzo ciekawie. W międzyczasie przestaje padać. Od czasu do czasu spomiędzy chmur przebija się nawet słońce. Wszystko to sprawia, że jak najszybciej chciałbym już wyruszyć.


Mapka z zaznaczonym bagnem.

Niestety poprzedniego wieczora przegraliśmy z Damianem grę planszową o nie do końca jasnych zasadach. Dla przegranych przewidziane było poranne sprzątanie po koniach :( Zajmuje nam to trochę czasu, bo mała stajenka, w której noc spędziło 6 koni nie wyglądała najlepiej. Dla koni była to chyba najtrudniejsza noc spośród wszystkich - mało miejsca i mało jedzenia. Dlatego, zanim wyruszymy, musimy jeszcze odpaść konie. Wszystko to sprawia, że udaje nam się wyruszyć dopiero po 10. Śniadanie postanawiamy zjeść już po czeskiej stronie, w gospodzie w Izerce.

Z Orlego do mostku na Izerze idziemy zielonym szlakiem. Jest to leśna ścieżka stromo schodząca w dół. Miejscami jest dość wąsko, ze wzgledu na rozliczne skałki i drzewa. Od czasu do czasu trzeba się wręcz przedzierać przez gęstwiny mokrych świerków. A warto dodać, że Damian cały czas jedzie w siodle bez popręgu. Zejście do granicy zajmuje nam jakieś 15 minut.
Dochodzimy do mostku na Izerze. Po drugiej stronie rzeki widnieje już tablica Česká Republika. Witalis - koń na którym dzisiaj jadę, nieufnie obwąchuje krawędź mostku. Ponieważ jest wąsko, a po drugiej stronie są schody, schodzę z Witalisa i wchodzę pierwszy na mostek. Pokazuję mu, że to nic strasznego. Witalis waha się, ale po chwili decyduje się wejść na kładkę. Przechodzimy przez mostek. Teraz jeszcze tylko kilka schodków w dół. Witalis stawia przednie kopyta na dwóch pierwszych stopniach. Następnie oddaje skok, lądując na drugim brzegu rzeki. Udało sie :) Pozostałe konie w podobny sposób rzechodzą przez Izerę.
Najgorsze mamy dziś już za sobą. Tak myślałem w tej chwili, nie wiedząc jednak do końca, co nas jeszcze dzisiaj czeka... Tak zaczęła się nasza pierwsza wizyta na koniach w Czechach.


polsko-czeskie spotkanie na szlaku :)

Od mostku wspinamy się pod górę, opuszczając wąwóz Izery. Pierwsze 15 min, to dosyć strome podejście po kamienistej ścieżce. Następnie wchodzimy na drogę z płytami betonowymi, ułożonymi po lewej i prawej stronie. W środku jest zielony pas, dzięki czemu możemy pokłusować aż do samej miejscowości Jizerka.

Znajdujemy się na głównym skrzyżowaniu szlaków. W planie mieliśmy śniadanie w chacie Pyramida. W tym celu musielibyśmy jednak zboczyć z naszej trasy, nadkładając dodatkowo 2 km. Decydujemy się jechać więc dalej z myślą, że zatrzymamy się w jakimś sklepie spożywczym w Bílým Potoku.
Ruszamy czerwonym szlakiem pod górę. Pierwszy kilometr to asfalt. Potem skręcamy w lewo na stromą ścieżkę, prowadzącą w kierunku Jelení stráň i Pytlácké kameny. Tutaj zaczyna się prawdziwa górska wędrówka. Jest chłodno i wieje wiatr. Zdobywamy Jelení stráň. Jest to najwyżej położony punkt całego rajdu (1018 m n.p.m.). Idąc dalej możemy podziwiać z lewej strony piękne widoki na czeskie Izery. Z prawej strony w dole widać Halę Izerską z Chatką Górzystów. Na same Pytlácké kameny nie wspinamy się ze względu na zbyt niebezpieczne skały. Obchodzimy je przyjemną drogą, poprowadzoną tuż pod nimi. Najwyższe partie dzisiejszej trasy mamy już za soba. Od teraz będziemy iść już tylko w dół.


Schodzimy do Bílego Potoku.

Robimy półgodzinną przerwę na popas dla koni. Przed nami łagodne zejście do Przedziału (Předel). Trzymając się cały czas czerwonego szlaku dochodzimy do miejsca, w którym szlak pokryty jest drewnianymi kładkami. Dochodząc do pierwszej z tych kładek, jakiś metr przed kładką czuję, jak Witalis nagle zapada się w ziemię. Przednimi nogami Witalis wpada po sam brzuch, tylne ugina. Okazuje się, że weszliśmy w bagno ! Jest to dla nas wielkim zaskoczeniem. Droga, w miejscu gdzie zapadłem się z koniem w ziemię, wyglądała jak typowa, czarna, pokryta błotem droga leśna. Zsiadam z Witalisa, aby ułatwić mu wyjście z bagna. Ale co dalej ? Próbuję wejść na kładkę. Niestety stare, zmurszałe deski nie wytrzymują nacisku kopyt i pękają. Ostatecznie obchodzimy bagno bokiem, gdzie ziemia porośnięta trawami i leżącymi gałęziami jest na tyle twarda, że konie nie zapadają się.
Ostrzegam wszystkich przed tym miejscem i załączam mapę, na której zaznaczyłem bagno. Wędrując czerwonym szlakiem można to miejsce obejść równoległą do szlaku drogą. Po obejściu bagna wchodzimy z powrotem na drogę. Z mokrymi i zabłoconymi butami próbujemy wsiadać na konie.


Łąki w okolicach Hejnic - świetne na galopy

Dokładnie w tej chwili z przeciwnego kierunku nadchodzi łaciaty koń z jeźdźcem w brązowym kapeluszu. Okazuje się, że jest to Ivetá z Fandą. Witamy się i rozmawiamy o naszej przygodzie w bagnie. Ivetá jechała już tą samą drogą dwukrotnie, nie napotykając na żadne problemy. Prawdopodobnie bagno to ma charakter sezonowy, a my trafiliśmy akurat na złą porę, bo wcześniej dużo padało. A deski z biegiem czasu postarzały się i są teraz zbyt słabe, aby wchodzić na nie koniem. Dlatego nawet w suchej porze radzę to miejsce obejść alternatywną drogą.

Teraz, mając jako przewodnika Ivetę - lokalnego propagatora turystyki jeździeckiej, możemy trochę odetchnąć. Nie musimy patrzeć co chwila na mapę oraz martwić się, że nie znajdziemy noclegu dla koni. Nasze konie przyspieszają też trochę kroku, idąc za Fandą. Witalis musi wręcz od czasu do czasu podbiegać kłusem, aby dogonić idącego stępem Fandę.
Mijamy Předel i schodzimy stromo w dół zielonym szlakiem. Droga w przeważającej części pokryta jest trawą. Roztaczają się stąd piękne widoki na wyżej położone skały i wąwóz schodzacy w stronę Bílego Potoku. Przechodzimy przez potok Smědá, idziemy jakieś 500 m szosą, aby następnie odbić w leśną drogę. Na skraju lasu dochodzimy do pięknej polany z wykoszoną łąką. Decydujemy się zrobić tu przerwę na popas.


Miejsce kolejnego noclegu. Hejnice - Jezdecká stanice U Jelena

Otwarta przestrzeń odkrywa panoramę na położony w dole Bílý Potok. Jednocześnie jest dla koni dużą pokusą na szybki galop w dół łąki. Po jednej, nieudanej próbie ucieczki naszych koni decydujemy się jechać dalej :)
Mijamy Krzyż Milenijny i schodzimy łąkami do Bílego Potoku. Iveta prowadzi nas pod sklep. Jak już tam dojechaliśmy, okazuje się, że nikt nie chce nic kupować :) Chyba nikomu się z konia nie chciało zsiadać, wiedząc że za jakieś pół godziny będziemy już na miejscu w Hejnicach. Zaraz za sklepem skręcamy z asfaltu na położone powyżej łąki. Odcinek do Hejnic pokonujemy szybko, na przemian kłusując i galopując. Pewnie bylibyśmy jeszcze szybciej, gdyby nie bagaże, które w kółko spadały w czasie galopu. Co jakiś czas było tylko słychać: "Stop, spadło...", na co Iveta z przodu przechodziła do stępa wołając "krok". Potem znowu pytanie: "Poklusamy ?" - i tak na przemian. Ostatni odcinek z Bílego Potoku do Hejnic jest naprawdę super. Świetne łąki na galopy i te otaczające góry. Trzeba jednak wiedzieć którędy pojechać. Nie ma tu bowiem wyznaczonego żadnego szlaku turystycznego, ani tym bardziej konnego. Przejazd taką trasą możliwy jest dzięki Ivecie, znającej te tereny od urodzenia. Z tego miejsca jeszcze raz: Diky ! Myślę, że nawet jak bym jechał tam jeszcze raz, to nie odtworzyłbym tego przejazdu. No chyba, że z gps'em.


Bazylika Marii Panny w Hejnicach.

W Hejnicach witają nas rodzice Ivety. Wpuszczamy konie na pastwisko, porośnięte świeżą trawą. Oficjalnie stanica ta nosi nazwę "Jezdecká Stanice u Jelena". Niektóre konie jak zwykle tarzaja się na plecach w trawie z radości, że dotarły już do miejsca wypoczynku. My zadowoleni z całego dnia pełnego wrażeń i spokojni już o nocleg dla koni, możemy się udać do pobliskiej gospody "Dělnický dům" na piwo i obiad. Następnie, po zameldowaniu się na kempingu, idziemy na spacer zobaczyć Hejnice. Na szczególną uwagę zasługuje olbrzymia bazylika. Przy tej okazji pada z mojej strony pytanie, które nie powinno być zadane: "Czy ta bazylika jest katolicka, czy protestancka ?". Zakłopotana Ivetá , nie chcąc wprowadzić nas w błąd, odpowiada, że nie jest pewna :)

Wieczór spędzamy wspólnie na kempingu w dużym namiocie, pełniącym rolę baru. Rozmawiamy o naszych konnych przygodach i o planach na kolejny dzień rajdu. Pewnym utrudnieniem jest język czeski, ale w podstawowych kwestiach możemy się jakoś dogadać.
Polecam Hejnice, jako bazę noclegową na rajdy konne i nie tylko. Oprócz stanicy "U Jelena" w pobliżu znajduje się przyjemny kemping, basen, gospoda, gdzie można dobrze zjeść oraz sklep, a nawet dyskoteka. Uroku tej miejscowości dodają liczne, dobrze zachowane domy przysłupowe. Ze względu na położenie miejscowość może być świetną bazą wypadową w Góry Izerskie.

Podsumowanie dnia
Dystans20 km
Nocleg konieJezdecká stanice U Jelena, Iveta Jelinková, +420604687363
Nocleg jeźdźcy300 m od stanicy: Autokempink Hejnice
Trasa rajdu do pobrania jako gpxPobierz
Trasa rajdu na cykloserver.czZobacz

4 dzień: Hejnice - Bílý Potok (indiánský tábor) - Ludvikov - Horní Rašnice


Wtorek rano. Startujemy ze stanicy "U Jelena".

Rano wita nas piękna pogoda. Wstajemy i idziemy do dużego namiotu na śniadanie. Podoba mi się organizacja kempingu w Hejnicach. W godzinach porannych można tu kupić świeże pieczywo, zamówić herbatę, itd. Zaraz po śniadaniu składamy namiot i idziemy się wymeldować. Pani prowadząca kemping wypytuje nas, jak to możliwe, że zmieściliśmy się w sześć osób w tak małym namiocie :) Po krótkiej rozmowie zabieramy rzeczy i idziemy do Ivety po konie. Do dyspozycji gości w stanicy "U Jelena" oprócz pastwiska dla koni dostępny jest też mały drewniany domek. Udajemy się tam po siodła i inne rzeczy, które zostawiliśmy poprzedniego wieczora. Iveta częstuje nas poranną herbatą. Następnie idziemy siodłać konie. Dzięki rodzicom Ivety nie musimy dzisiaj zabierać ze sobą siodła bez popręgu i innych zbędnych bagaży. Wieczorem dowiozą nam rzeczy bezpośrednio do Horní Rašnice.

Przy zagrodzie czekają już na nas dwie znajome Ivety, które przybyły rano na koniach z Novégo Města pod Smrkem. Na dzisiaj mamy zaplanowany wyjazd w 10 koni do Bílego Potoku na indiánský tábor (obóz indiański). Jest to coroczna impreza organizowana dla dzieci. W ramach takiego obozu dzieci mają okazję spać w indańskim tipi z ogniskiem w środku, poznawać kulturę i obyczaje Indian oraz wędrować po okolicznych górach. Jedną z atrakcji obozu są konie, na których dzieci mają okazję posiedzieć i przejechać się kawałek. Zupełnie przypadkowo złożyło się tak, że jesteśmy w Hejnicach akurat w dniach, kiedy organizowany jest ten obóz. Ponieważ jest to dla nas też pewnego rodzaju atrakcja, a zaraz po wizycie w obozie planowana jest wspólna wycieczka konna w Góry Izerskie, zdecydowaliśmy się wziąć udział w tej akcji.


W 10 koni na indiánský tábor :)

Tuż przed wyjazdem z głośników rozmieszczonych po całej miejscowośći rozchodzą się nagle dziwne dźwięki. Przez radio podawane są informacje z regionu, zaproszenia do kina, prognoza pogody, itp. W pierwszej chwili byłem mocno zdziwiony, bo nie wiedziałem, co to w ogóle jest. Myślałem dotychczas, że cały ten system już dawno nie działa. Okazuje się jednak, że jest cały czas w użyciu.
Z Hejnic wyruszamy przed dziesiątą. Po raz kolejny mamy okazję pogalopować po łąkach w drodze do Bílego Potoku. Po drodze zabieramy jeszcze jedną koleżankę Ivety, dalej jedziemy na 10 koni :)


Konie przy indiańskim tipi.

Wjeżdżamy do obozu indiańskiego. Na łące wita nas już cała gromada dzieci. Ustawiamy się w rzędzie i wsadzamy pierwszych ochotników na konie. Przez jakąś godzinę prowadzamy dzieci wokół polany z rozbitym tipi na środku. Trochę starsi i bardziej odważni mają nawet szansę przejechać się na oklep na Węgierku. Jako podziękowanie za przybycie jesteśmy na koniec zaproszeni na poczęstunek do indiańskiego namiotu. Tipi jest naprawdę duże, na środku pali się ogień. Można by było spokojnie w środku w 20 osób zasiąść wokół ogniska. Od wewnątrz ściany przyozdobione są stylowymi malunkami i wyprawionymi skórami. W środku unosi się mgiełka i zapach dymu z ogniska. Naprawdę fajny klimat !


W drodze do Hubertki.

Najedzeni i wypoczęci wychodzimy na zewnątrz po przelotnym deszczyku. Jest bardzo fajnie, ale przed nami jeszcze daleka droga. Słońce wychodzi zza chmur, jest przyjemna pogoda do wędrówek konnych. Górskie, chłodniejsze powietrze sprawia, że w ogóle nie ma much. Konie dzięki temu są bardzo spokojne i jednocześnie bardziej chętne do dalszej jazdy. Trasa rajdu zaplanowana na dzisiaj zapowiada się też bardzo ciekawie. Patrzymy na mapę. Najpierw wjedziemy w Góry Izerskie do chaty Hubertki, następnie lasami i łąkami zjedziemy do Ludvikova. Ostatni odcinek, to w przeważającej części dukty leśne, które nas zaprowadzą do samego celu - miejscowości Horní Rašnice.
Przewodnikiem przez cały dzisiejszy dzień jest nadal Iveta. Nie musimy się zatem martwić o wybór najbardziej odpowiednich dla koni wariantów trasy. Ciekawi całej wyprawy siodłamy konie. Niektóre dzieci wykorzystują tą sytuację i proszą jeszcze o krótką przejażdżkę, czego im nie wypada odmówić. Czasem taka krótka przejażdżka w dzieciństwie na długo pozostaje w pamięci. Może niektóre z tych dzieci w przyszłości zostaną jeźdźcami...
Jeszcze tylko wspólne zdjęcie przed tipi i ruszamy ! Do Ludvikova jedziemy jeszcze w trochę większej grupie. Oprócz Ivety jadą z nami Jana z córką.


Przerwa przy Hubertce. Upps, tutaj jest zakaz parkowania !

Wyjeżdżamy z obozu indiańskiego, żegnani serdecznie przez dzieci. Ponownie wchodzimy na łąki, którymi wczoraj jechaliśmy do Hejnic. Tutaj niespodzianka. Róża po zbyt bliskim przejściu obok gniazda os zostaje ugryziona w nogę. Wystraszony Wojko, koń na którym jedzie, szaleje trochę. Na szczęście całą sytuację udaje się po chwili opanować. Ruszamy szybkim galopem. Tym razem nie skręcamy na zachód, tylko kierujemy się polną drogą lekko w górę pod las. Szum wiatru w uszach oraz ziemia wyrzucana spod kopyt koni galopujących przede mną dają uczucie niesamowitej prędkości. Pomimo, że jest to "tylko" 20-30 km/h jest to całkiem inne wrażenie niż jazda z taką prędkością rowerem, czy motocyklem. Bílý Potok zostaje daleko w dole. Dalej, od granicy lasu, podchodzimy stromą drogą z porozrzucanymi kamieniami do samej Hubertki. Podejście zajmuje jakieś 10-15 min. Po drodze mijamy charakterystyczne skały, nazywane tutaj "Kočičí kameny".


Piwo, racuchy z jagodami, konie przy gospodzie = izerski western :)

Uwiązujemy konie na parkingu przy gospodzie i urządzamy sobie małą przerwę. Wszystkie konie nie mieszczą się jednak na parkingu. Dlatego część z nich parkuje nielegalnie, w miejscu, gdzie jest to zabronione :) Fanda razem z kolegami z Novégo Města parkują po drugiej stronie gospody. Teraz utwierdzamy się z Damianem w przekonaniu, że Fanda tak naprawdę powinien nazywać się Panda. Patrząc, jak przy Hubertce po raz kolejny obskubuje liście z drzew, można by powiedzieć: "on wygląda jak panda i zachowuje się jak panda" :)
Siedzimy na drewnianej ławce, popijamy piwko, niektórzy jedzą racuchy z jagodami, konie stoją sobie przed gospodą. Jest prawie jak w amerykańskim westernie. Prawie - bo otaczające nas góry i roślinność są inne niż te, które znam z westernów. No i jeszcze ludzie mówią po polsku i czesku, zamiast po angielsku. Można by więc powiedzieć, że bierzemy udział w prawdziwym, ale izerskim westernie.
Iveta od chwili spotkania w Górach Izerskich aż do opuszczenia przez nas terytorium Czech organizuje nam cały pobyt. Prowadzi nas na koniu, pokazuje różne atrakcje po drodze, organizuje noclegi. Teraz akurat dzwoni do swojej koleżanki Petry z Horní Rašnice, aby ustalić ostatnie szczegóły dzisiejszego noclegu. Wiemy już między innymi, że wieczorem Petra usmaży nam placki ziemniaczane, czyli bramboraki. Ponieważ głód daje o sobie coraz bardziej znać, myśl o takich ciepłych bramborakach jest jednym z czynników motywujących nas do dalszej jazdy.


Wychodzimy z lasu i schodzimy do Ludvikova.

Dalsza część trasy jest naprawdę piękna. Jedziemy wysokimi partiami Gór Izerskich. Daleko w dole widzimy znaną miejscowość uzdrowiskową Lázně Libverda. Dzisiaj przejeżdżamy też bardzo blisko naszego punktu orientacyjnego, którym jest szczyt Smrek. Jest to chyba moment, kiedy odległość do niego jest najmniejsza z całego rajdu i wynosi ok 2 km. Zaczynamy zjeżdżać w dół. Trasa prowadzi leśnymi drogami z miękkim, trawiastym podłożem. Większość czasu możemy kłusować. Pogoda poprawia się z godziny na godzinę, dzięki czemu widoczność staje się bardzo dobra. A widoków, które nam dsisiaj towarzyszą z grzbietów koni nie da się opisać słowami. Powietrze jest rześkie, ale bardzo przyjemne. Co chwila przy drodze rosną grzyby. Jesteśmy już daleko od otaczających miejscowości. Chyba mało kto chodzi w te okolice zbierać grzyby, bo tyle ich tu rośnie.


Gdzieś w okolicach Hajniště. W tle Góry Izerskie.

Wychodzimy z lasu na polanę. Piękna trawa na popas. Dojechaliśmy do obrzeży Ludvikova. Robimy przerwę, aby konie jeszcze się najadły. Przed nami jeszcze jakieś 8-10 km do przejścia. Tutaj żegnamy Janę z córką, które jadą z powrotem do Novégo Města. My przechodzimy przez Ludvikov i udajemy się w kierunku na Hajniště. W Hajniště przechodzimy przez tory i wchodzimy na łąkę, którą próbujemy galopować. Po ostatnich opadach ziemia jest bardzo mokra i czasem kopyta zapadają się głębiej w trawie. Utrudnia nam to galop. W każdym niżej położonym miejscu zwalniamy więc, słysząc z przodu komendę: "krok".

Kolejna część drogi to olbrzymie, dzikie lasy. Oprócz jednej pary grzybiarzy nie spotykamy nikogo. No oprócz różnych zwierząt :) Po drodze mamy okazję zobaczyć m.in. jednego zająca i stado sarenek. Przechodzimy przez tory i mijamy stację kolejową Srbská, która od właściwej miejscowości Srbská oddalona jest o jakieś 4 km. Wydaje się, że jest ona położona gdzieś głęboko w lesie. Ciekawe jest, że w Czechach nawet do takich malutkich miejscowości dojeżdżają pociągi. Jest to linia kolejowa Frýdlant - Jindřichovice pod Smrkem, która kiedyś prowadziła dalej do Pobiednej, a następnie do Mirska i Gryfowa Śląskiego. Niestety teraz kończy się w ostatniej miejscowości przed polską granicą (Jindřichovice pod Smrkem). Po polskiej stronie w roku 1992 zdemontowano ostatecznie tory na odcinku Mirsk-Pobiedna. Więcej informacji na temat tej historycznej linii kolejowej możecie znaleźć pod adresem http://pobiedna.pl/index.php?id=historia_kolej. Smutne jest jednak, że 70 lat temu komunikacja publiczna na terenie naszego polskiego Pogórza Izerskiego była o wiele bardziej rozwinięta, niż teraz.


Panorama na Izery za lasem przy Horní Rašnice.

Przechodzimy niedaleko Jindřichovic obok charakterystycznych dużych wiatraków. Mijamy "Żywy Skansen". Jak piszą założyciele tego obiektu, "jest to miejsce które spodoba się także tym, którzy tylko lubią stare przedmioty, architekturę ludową, widok zwierząt na pastwiskach...". Więcej informacji na temat skansenu znajdziecie pod adresem http://www.lunaria-jindrichovice.cz.
Następnie wchodzimy ponownie do lasu. Słońce jest już coraz niżej, ale jest bardzo mocne. Drzewa nabierają przez to charakterystycznej, pomarańczowo-żółtej barwy. Po krótkiej wędrówce przez las wychodzimy na otwartą przestrzeń, gdzie odkrywa się przed nami chyba najpiękniejszy widok dzisiejszego dnia. W barwach zachodzącego słońca widać Smrek, a w tle znajome mi polskie części Karkonoszy. Perspektywa jest jednak całkiem inna. Oglądam te same góry z kierunku północno-zachodniego.
W oddali widać już jakieś pierwsze zabudowania. Damian stwierdza, że czuje w powietrzu już zapach placków ziemniaczanych. Jest to chyba jednak jakiś rodzaj fatamorgany. Mylą tylko zmysły węchu, a nie oczy, bo ja jeszcze nie czuję tego zapachu. Przechodzimy obok zamkniętej piaskowni i wchodzimy do malutkiej miejscowości Horní Řasnice. Mam wrażenie, jak bym się cofnął w czasie i znalazł się w bajce o Rumcajsie. Malutkie, daleko od siebie oddalone drewniane domki, a przed nimi pasące się kozy i owce.
Dochodzimy do celu. Przy domu wita nas Petra Malá, właścicielka gospodarstwa. Mąż wyjeżdża akurat rowerem do lasu na polowanie. Przy domu liczne zagrody i zwierzęta: owce, kozy, gęsi...


Przybywamy do gospodarstwa Petry w Horní Rašnice.

Rozsiodłujemy konie i wpuszczamy je do zagrody. Przed domem czeka już na nas nakryty stół. Na kolację jemy dzisiaj obiecane wcześniej bramboraki z kapustą. Różnią się trochę od naszych placków ziemniaczanych. Ciasto zmieszane jest już z boczkiem przed smażeniem, a same placki są dużo większe od naszych. Są bardzo pożywne i smakują bardzo dobrze :) Naszą ucztę przerywają nagle konie, pasące się w zagrodzie obok. Nasze hucuły, po tym jak trochę odpoczęły, zaczynają ganiać biednego Pandę. Musimy je więc rozdzielić. Panda będzie spać sam w osobnej zagrodzie.


Petra serwuje nam bramboraki. Rewelacja !

Niestety zaraz po kolacji zaczyna padać deszcz. Idziemy szybko postawić namiot, zanim zrobi się ciemno. Towarzyszy nam Adélka - córka Petry, która ma może z 6-7 lat. Pomimo nieustającego deszczu idzie z nami rozbijać namiot. W dalszym ciągu pada, Petra zaprasza nas do domu. Oglądamy zdjęcia z dzisiejszego dnia, opowiadamy o przygodach po drodze. Petra pokazuje nam też zdjęcia swoich koni. Późnym wieczorem przestaje padać. Wychodzimy posiedzieć jeszcze trochę na dworze. Rozmawiamy jak zwykle o różnych przygodach na koniach i nie tylko. Żebyśmy się nie musieli cisnąć w namiocie, Petra udostępnia nam stodołę na noc. Część jeźdźców wybiera namiot, część woli spać w stodole. Niektórzy przygotowują sobie nawet spanie na derkach od koni :)
To był super dzień. Szkoda, że tak szybko się skończył...

Podsumowanie dnia
Dystans25 km
Nocleg konie i jeźdźcyStanica Samantha, Petra Malá, +420723077622
JEZDECKÉ STANICE LIBERECKÉHO KRAJE
Trasa rajdu do pobrania jako gpxPobierz
Trasa rajdu na cykloserver.czZobacz

5 dzień: Horní Rašnice - Miłoszów - Świecie - Zamek Czocha - Stankowice


Poranek w stajni.

Noc była bardzo zimna. Wstajemy i idziemy do domu na gorącą herbatę. Mama Petry przygotowuje nam śniadanie. Wszyscy są trochę zaspani i zmarznięci. W nocy padał deszcz, jest wilgotno. Teraz przestało padać, słońce jest jednak za chmurami. Już mam na sobie wszystkie ubrania, które zabrałem, ale i tak nie jest mi za ciepło. Tak, jak każdego dnia siodłamy konie. Tym razem troczymy wszystkie bagaże. Musimy też zabrać siodło bez popręgu. Chcemy dzisiaj dojść do Jeziora Leśniańskiego. Patrzymy na mapę. Najkrótsza droga wiedzie z Horní Rašnice przez las do Miłoszowa. Nie ma tam jednak żadnego szlaku turystycznego, ani jakiejś prostej drogi gruntowej zaznaczonej na mapie. Iveta też tamtędy jeszcze nigdy nie jechała. Inną opcją jest jazda przez Jindřichovice i Kukačkę. Jest dalsza, ale tamtędy poprowadzony jest szlak.


Gdzie jest Polska ?

Wybieramy ten ciekawszy wariant - czyli jazdę na orientację przez las do Miłoszowa. Na pewno będziemy błądzić i kręcić się po lesie. Taka wędrówka w nieznane też ma swój urok :) W końcu rajdy konne nie muszą się zawsze odbywać po szerokich, naznaczonych na mapie drogach. Na koniu można przejść przez las, góry, czy potok. Są jednak rzeczy, na które trzeba uważać, np. bagna, czy strome wąwozy. Wszystko to wymaga od jeźdźców większej koncentracji w terenie oraz częstego spoglądania na mapę. Spowalnia to też tempo rajdu. Ale przecież nie chodzi o to, żeby gdzieś szybko dojechać.


Nasza droga do Polski :)

Wyjeżdżamy, żegnani przez rodzinę Petry. Z Horní Rašnice do lasu obok Jindřichovic wracamy tą samą drogą, którą wczoraj przyjechaliśmy. Następnie skręcamy w lewo tuż przed miejscem, w którym kończy się las. Idziemy wzdłuż brzegu lasu. Droga rozchodzi się na dwie mniejsze drogi. Kierujemy się w lewą stronę. Musimy dotrzeć do potoku, który jest jednym z punktów orientacyjnych. Drugą linią orientacyjną jest granica czesko-polska, która przechodzi gdzieś w środku lasu. Widzimy w dole potok, zejście do niego jest jednak bardzo strome. Zawracamy więc, żeby poszukać lepszego dojścia. Dochodzimy do miejsca, w którym skręciliśmy w lewo i próbujemy pójść prosto. Wygląda, że dobrze idziemy. Faktycznie dochodzimy do potoku. Przechodzimy w bród i idziemy leśną drogą. Niestety droga doprowadza nas do bagna! Nie możemy iść dalej. Zawracamy. Jeszcze raz przechodzimy przez potok i cofamy się, aby spróbować go przejść w innym miejscu. Udaje nam się znaleźć miejsce, gdzie przechodzimy przez strumyk, dochodzący do tego potoku. Widać już słupki graniczne. Idziemy kawałek wzdłuż granicy, następnie skręcamy 90 stopni w prawo, aby wejść na leśną drogę, która prowadzi w stronę Polski. Udało się. Jesteśmy z powrotem w Polsce !


Znaleźliśmy granicę !

Po polskiej stronie jeszcze raz błądzimy, szukając wyjścia z lasu. Z drogi od granicy powinniśmy skręcić w lewo, a nie w prawo. Zawracamy i próbujemy jeszcze raz. W końcu udaje nam się wyjechać z lasu. Wchodzimy prosto na podwórza jakichś starych zabudowań. Tak się składa, że akurat przed domem spotykamy jednego pana. Pytamy go, gdzie my się w ogóle znajdujemy. Pokazuje nam na mapie miejsce, gdzie jesteśmy. Okazuje się, że są to pierwsze zabudowania Miłoszowa. Iveta decyduje, że będzie już wracać do domu. Rozważa możliwość jazdy przez Jindřichovice, albo przez Nové Město. Ostatecznie wybiera opcję jazdy z powrotem przez las. My pojedziemy stąd polną drogą, która zaprowadzi nas prosto do Świecia. Żegnamy się z Ivetą. Spotkany przez nas pan robi nam pożegnalne zdjęcie. Iveta odjeżdża. Tym samym kończy się nasz czeski etap rajdu.
Pamiętam poranek w Orlim 2 dni temu. Wjeżdżając po raz pierwszy na koniu do Czech, myślałem wtedy: "Obcy kraj, obcy ludzie, jak to będzie...". Teraz, po tych dwóch dniach, moje nastawienie całkowicie się zmieniło. Czechy nie są mi już obce, jako kraj na rajdy konne. Poznaliśmy tu też wiele ciekawych osób, a spędzony w Czechach czas wspominam bardzo miło. Duża w tym zasługa Ivety, która razem z Pandą przejechała z nami prawie cały czaski odcinek naszego rajdu oraz zorganizowała akcję "Na Indiánský Tábor". W efekcie, nasza polsko-czeska integracja wypadła bardzo dobrze. Pod koniec pobytu w Czechach nie czułem się już jako przyjezdny z zagranicy gość, tylko bardziej, jak uczestnik wspólnego, polsko-czeskiego rajdu konnego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja wzięcia udziału w rajdzie konnym w tych okolicach i w podobnym towarzystwie.


Docieramy do Zamku Czocha.

Ruszamy w stronę Świecia polną drogą w dół. Otaczają nas wielkie przestrzenie pól, na których uprawiane są zboża. Nagle zza miedzy wyskakuje sarna. Konie płoszą się trochę. Węgierek odskakuje w bok, a Damian, jadący na nim w siodle bez popręgu nie ma żadnych szans i ląduje na ziemi. No nic, zakładamy siodło i jedziemy dalej. Dochodzimy do Świecia. Wchodzimy na chwilę na asfalt. Mijamy ruiny zamku Świecie. Tuż za nimi skręcamy w prawo w polną drogę, prowadzącą w stronę Stankowic. Najpierw idziemy stromo pod górę. Droga jest kamienista, momentami idziemy zatem przydrożnymi łąkami. Dochodzimy do lasu. Tu już jest bardziej miękko, możemy trochę pokłusować. Następnie schodzimy lekko w dół, w stronę jeziora, wzdłuż dużej łąki, która jest chyba pastwiskiem dla krów. Po drodze zbieramy jabłka i śliwki ze starych, poniemieckich drzew. Dochodzimy do asfaltu w pobliżu Zamku Czocha. Skręcamy w prawo. Po kilkudziesięciu metrach docieramy do zamku.


Jedziemy wzdłuż jeziora. W tle zamek.

Wjeżdżamy na koniach przez bramę zamku na dziedziniec. Szukamy żółtego szlaku, który prowadzi wzdłuż jeziora. Okazuje się, że szlak jeszcze kawałek prowadzi asfaltem i dopiero potem skręca do jeziora. Zawracamy więc i idziemy dalej asfaltem. Faktycznie znajdujemy szlak, którym po chwili skręcamy w lewo, w stronę jeziora. Dalej jedziemy już cały czas żółtym szlakiem, który poprowadzony jest tuż przy samym jeziorze. Dochodzimy na kemping w Stankowicach - miejsce kolejnego noclegu.
Na miejsce przyjeżdża pan Bucki - właściciel kempingu. Wpuszczamy razem konie na olbrzymi wybieg. Następnie pan Bucki proponuje nam, że może nas oprowadzić po Zamku Czocha. Chętnie przyjmujemy tą propozycję i jedziemy na zamek. Warto, będąc w tej okolicy poświęcić trochę czasu i zobaczyć Czochę. Ciekawostką jest, że cały zamek wybudowany jest na naturalnym podłożu skalnym i nie posiada fundamentów. Sama historia zamku też jest bardzo ciekawa i jednocześnie intrygująca. Zamek obwiany jest też wieloma legendami i przypowieściami. Czymś charakterystycznym dla tego zamku są przeróżne tajemne przejścia pomiędzy poszczególnymi salami. Bibliotekę można opuścić np. tajemniczym regałem, który pełni jednocześnie funkcję ukrytych drzwi. Warto też wejść na basztę, z której rozciąga się panorama Pogórza Izerskiego i Gór Kaczawskich. Widać też Smrek, który dzisiaj jest już bardzo daleko za nami. W drodze powrotnej pan Bucki zaprasza nas do siebie na herbatę. Zabiera nas też samochodem do Leśnej, abyśmy mogli zrobić zakupy na wieczorne ognisko. Przy okazji zwiedzamy zaporę na Jeziorze Leśniańskim.


Zwiedzamy Zamek Czocha.

Wracamy na kemping. Idziemy szukać drewna na ognisko. Chyba dużo ludzi robi tu ogniska, bo w promieniu pół kilometra wszystkie gałęzie były wyzbierane. Razem z Damianem i Gackiem idziemy więc na dłuższy spacer w stronę lasu, żeby przynieść trochę drewna. Dziewczyny rozbijają w tym czasie namiot. Słońce jest coraz niżej, dzień dobiega końca. Zasiadamy przy ognisku i rozmawiamy o przeżyciach dzisiejszego dnia... Od Ivety dostajemy wiadomość, że wróciła do domu, nie błądząc ponownie w lesie. Wszyscy dotarli więc do celu, dzień można uznać za bardzo udany. No może poza tą przygodą z sarnami... Chyba każdego dnia coś niezaplanowanego nam się przydaża :) Tak to już jest na rajdach konnych.

Podsumowanie dnia
Dystans18 km
Nocleg konie i jeźdźcy Kemping "U Buckich"+48609170115
Trasa rajdu do pobrania jako gpxPobierz
Trasa rajdu na cykloserver.czZobacz